Internet nie kłamie.

Internet nie kłamie.

Data: 7 września 2018

Piątkowe popołudnie, właśnie wróciłem po pracy do domu. Warunki były sprzyjające: błękitne niebo, ciepło, Efka u rodziców. Czego chcieć więcej? Takiego dnia po prostu nie można zmarnować, dlatego od razu udałem się na drzemkę. Z tego zachwytu popełniłem kardynalny błąd, nie zamknąłem okna. Każdy ma swoje priorytety, sąsiedzi akurat tego dnia chcieli kosić trawę. Czy macie tak czasem, że budzicie się i aż chce się Wam coś zrobić? Tak? Ja też tak mam, z reguły chcę iść spać dalej. Ku mojemu zdziwieniu tym razem było inaczej. Zacząłem myśleć, gdzie by się tu niedaleko wybrać. Odpalam Google maps, wyznaczam trasę Drachenwand. Idealnie: niecałe 692km, około 7,5h drogi. Wystarczy wyjechać o 22:00, żeby być tam w sobotę rano. Matys tego dnia chyba nie był w formie, bo zanim podjął decyzję czy jedzie, musiał zadać dwa pomocnicze pytania: kto jedzie i jakim autem jedziemy? Ostatecznie się zgodził. Chwilę analizowaliśmy czyje auto lepiej się nadaje: moje z zepsutym wspomaganiem, czy jego z zepsutą klimatyzacją. Wybór padł na jego Fiata Doblo ksywa Beluga.

Wszystkie zagraniczne wyjazdy zaczynają się identycznie: Tesco, Shell, McDonald i w drogę.Matys z wiekiem wytracił funkcję teleportacji, więc prowadził jako pierwszy. Po około 600km przyszła pora na mnie. Wszystko szło idealnie do czasu, aż ja Beludze wciskam gaz, a ona świst i nic, zero reakcji. Pewnie jest pod górę, przerabiałem ostatnio taką samą sytuację jadąc T3. Niestety z góry bez zmian. Nie wiedziałem co bardziej zaboli Matysa, to że go obudzę czy to, że coś się stało z jego ukochanym autem. Obudziłem go, po kilku kilometrach zatrzymaliśmy się na parkingu. Wprawne oczy niedoszłych mechaników od razu zdiagnozowały, że coś się zepsuło i raczej samo się nie naprawi. Do celu zostało jeszcze 50km, a że auto jako tako jeździło, to ruszyliśmy dalej. Na miejscu okazało się, że Drachenwand jest jakby trochę większy niż się spodziewaliśmy.

Naprawę auta zostawiliśmy sobie na deser, od razu ruszyliśmy ku przygodzie. Pierwsze trudności pojawiły się u mnie po 10 minutach marszu. Jednak aktywny tryb życia przed komputerem i oglądanie filmików o tematyce sportowej nie sprzyja budowaniu kondycji. Po kolejnych 10 minutach (w mojej opinii) morderczego biegu, dotarliśmy pod ścianę, gdzie pojawiły się poważniejsze komplikacje. Musieliśmy sobie przypomnieć jak ubierało się uprząż. Po kilku próbach byliśmy niemalże w 50% pewni, że założyliśmy je poprawnie. Dla Matysa była to pierwsza ferrata. Ja z Efką mieliśmy kontakt ze stalową liną niecałe dwa, no może dwa i pół roku temu. W każdym razie musiało to być kilka kilogramów temu, ponieważ moja uprząż sprawiała wrażenie jakby się trochę skurczyła. Szybkie szkolenie Matysa jak posługiwać się lonżą i w drogę.

Ferrata przerosła nasze oczekiwania a miejscami chyba nawet umiejętności. Styl naszej wspinaczki można by określić jako zaawansowanie-rozpaczliwy.

Nie brakowało także rozważań typu ‚co by było gdyby’. W takich chwilach cieszę się, że mam przy sobie coś wartościowego, jak np. klucz do auta. Gwarantuje to, że jak spadnę, to ktoś przyjdzie przynajmniej po kluczyk i może jak będę jeszcze żył, to przy okazji mi pomoże. W połowie drogi, stojąc w kolejce przed następną trudnością, nawiązałem konwersację z parą idącą tuż za mną. Rozmowa była miła i przyjemna do czasu, aż powiedzieli mi, że do połowy drogi to nam jeszcze trochę brakuje. Dobrze, że zabrałem batonik energetyczny z domu, szkoda tylko, że zostawiłem go w aucie. Swoją kiepską kondycję tłumaczyłem tym, że jako jedyny z naszej trójki niosłem plecak, co prawda był pusty, ale nikt nie musiał o tym wiedzieć. Kilka kryzysów później dotarliśmy do mostu zawieszonego pomiędzy dwoma skałami.

Most swoją konstrukcją budził zaufanie. Tylko w jednym miejscu stopień był nieznacznie nadgryziony zębem czasu.

Przejście na drugą stronę było wstępem do wspinaczki po prawie pionowej ścianie. W trakcie wspinania rozważaliśmy z Matysem, czy aby czasem nie zająć się troszkę mniej ekstremalnym sportem,  jak chociażby grą w szachy. Nasze morale drastycznie wzrosły, gdy na jednym odcinku kilka osób przepuściło nas, żebyśmy szli pierwsi. Nie przeszkadzało nam, że zrobili to tylko dlatego, żeby mieć czas na wykonanie kilku zdjęć. W końcu po 14 godzinach od wyjazdu z domu osiągnęliśmy nasz cel. Okazało się, że widok z góry był taki sam jak na zdjęciach w Internecie.  Potwierdzamy, że w tym przypadku Internet nie kłamie.

Siedząc na szczycie myśleliśmy, że zejście w dół będzie proste, miłe i przyjemne. Nic bardziej mylnego. Było stromo, ziemia osuwała się pod stopami i do tego gdy zeszliśmy do (naszym zdaniem połowy wysokości) trzeba było wyjść z powrotem pod górę. Nie dziwię się, że ci „bardziej leniwi” ludzie wolą wyjść na górę a potem sobie skoczyć w dół ze spadochronem. Też bym tak mógł, ale nie umiem. Po dotarciu na parking przyszedł czas na naprawę auta. Rów odwadniający posłużył nam za kanał warsztatowy.

Matys od razu zabrał się za diagnozę usterki. Liczba epitetów użytych przez Matysa wskazywała na to, że będzie trzeba wracać do domu na stopa. Na szczęście okazało się, że powodem tak soczystego wierszyka było ugryzienie pszczoły. W aucie oderwał się wąż od EGR. Zaślepka wykonana z kombinacji dwóch nasadek i śrubki rozwiązała problem. Praca bez rękawiczek ma jeden zasadniczy minus, ręce się brudzą. Na szczęście mieszanka żelu pod prysznic i cukru z McDonald’s zadziałała lepiej niż niejedna pasta BHP. Ostateczny efekt orzeźwienia dała nam kąpiel w lodowatej rzece. W wodzie robiliśmy takie show, że ludzie zatrzymywali się na moście, żeby popatrzeć jak myjemy sobie plecy. Po kąpieli przyszedł czas na upragniony relaks. Niestety miejsce, które wybraliśmy jeszcze będąc na szczycie, okazało się prywatną plażą. Trzy kilometry marszu, żeby zobaczyć tabliczkę z zakazem wstępu. W końcu pojechaliśmy do miejsca z publiczną plażą. Miała ona jeden zasadniczy atut, mianowicie prysznic do umycia się po kąpieli w jeziorze.

Żeby zadbać o dobrą atmosferę podczas noclegu w aucie, tuż po zachodzie słońca z żelem w dłoni, tym razem bez cukru, udaliśmy się pod prysznic. Ostatnim punktem programu w tym dniu był Hangar-7 Red Bull’a w Salzburgu. Po przejechaniu 50km byliśmy na miejscu. Nie wiem dlaczego nie weszliśmy do środka, chyba widok przez siatkę był już wystarczający.

W drodze powrotnej do naszego miejsca noclegowego, zaślepka z nasadek nie wytrzymała ciśnienia i wypadła. Ostatnie 20km pokonywaliśmy lekko zmulonym autem. Przy wyborze miejsca noclegowego zawsze kierujemy się kilkoma kryteriami, musi być darmowe, w tym przypadku było, dlatego więcej kryteriów sobie darowaliśmy. Ta noc była wyjątkowa, po raz pierwszy spaliśmy w aucie Matysa na zbudowanym przez niego łóżku.

Rozwiązanie okazało się rewelacyjne, łóżko z powodzeniem wytrzymało próbę obciążenia i w dodatku było wygodne. Rankiem wróciliśmy autem do naszego kanału.

Tym razem zaślepkę wykonaliśmy z puszki po piwie. Puszka była chyba zrobiona z aluminium lotniczego, bo Matys jeździł autem jeszcze dzień po powrocie do Polski. Podbudowani sukcesem udaliśmy się na podbój Hallstatt.

Niestety Hallstatt zostało już chyba podbite przez Azjatów, nawet szyldy w sklepach były w ich języku. Dopiero po jakimś czasie rozwiązaliśmy zagadkę dlaczego jest ich tam aż tylu, przyjeżdżają porównać ich chińską wersję z austriackim oryginałem. Nie wystarcza już im kopiowanie elektroniki, teraz kopiują miasta. W drodze powrotnej w Żylinie, ducha wyzionęły przednie hamulce. Jak się później okazało wyeksploatowaliśmy je do końca.

Resztę drogi pokonaliśmy używając hamulca ręcznego i biegów. Pomimo tych awarii, wycieczkę uważamy za udaną. Przejechaliśmy 1550km, zdobyliśmy jeden szczyt, przeprowadziliśmy dwa serwisy auta, zwiedziliśmy Hallstatt i to wszystko w 47 godzin. Poniżej link do filmu z ferraty autorstwa Matysa. Pamiętajcie, że z oglądania nie ma nic, to trzeba przeżyć, więc pakujcie plecaki i w drogę.

13 Lubię to
0 Nie lubię

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.