Historia krótkiej miłości.

Historia krótkiej miłości.

Data: 18 września 2018

Zobaczyłem ją przypadkiem i od razu zapragnąłem ją mieć. Nie przeszkadzało mi nawet to, że była kilka lat starsza ode mnie. W głowie snułem plany na przyszłość: wspólne wyjazdy, przygody, nieprzespane noce. Wiedziałem, że każdy będzie się za nią oglądał na ulicy, już widziałem zazdrosne spojrzenia innych facetów. O dziwo Efce też wpadła w oko. Postanowiłem bliżej się jej przyjrzeć. Każdy wie, że podczas zakupu używanego samochodu niezbędna jest pomoc zaufanej osoby, która trzeźwym okiem spojrzy na auto i ewentualnie powstrzyma przed niepewnym zakupem. Matys do tego zadania był idealny. Jeszcze dobrze nie wysiedliśmy z auta i już mówił żebym brał w ciemno.  Z bliska faktycznie wyglądała lepiej jak na zdjęciach. T3 pochodziła z dobrego domu, nie była bita, miała przejechane tylko 9 tys. km. Licznik nie był cofany – sam się przekręcił kilka razy. Silnik bez problemu odpalił i nawet długo nie kopcił. Jak na swój rocznik była świetnie wyposażona, miała światła, kierownicę, koła, prawie wszystkie fotele od kompletu.

Pakiet premium obejmował opcję regulowania natężenia podświetlania licznika i centralny zamek. Kto powiedział, że miłości nie można kupić? Szybko dobiliśmy targu i ruszyliśmy nowym nabytkiem do domu. Następne dwa miesiące auto przechodziło swoją metamorfozę na podwórku u rodziców. Wnętrze wymagało niewielkiej kosmetyki.

Ja wykańczałem powoli auto, a ono odwdzięczało mi się tym samym.

Gdyby nie mowy motywacyjne taty „albo skończysz składać tego wraka albo wywiozę Ci to na złom” to chyba bym jej nie złożył.

Długie godziny spędzone na aukcjach internetowych, forach oraz pod, nad i w środku samochodu, przyniosły zadowalający efekt.

Podczas pierwszego przejazdu okazało się, że T3 ma problem z utrzymaniem paliwa. Tankowanie do pełna zakończyło się sporą kałużą ropy pod autem.

Mina właścicielki stacji benzynowej była bezcenna, za rozlane paliwo zapłaciłem kartą mastercard. Osiągi auta przerosły moje oczekiwania, od 0-100km/h można było się rozpędzić z górki w niecałe 50 sekund. Raz nawet udało mi się wyprzedzić traktor. Po przejechaniu 100 km byłem pewien, że mogę tym autem dojechać wszędzie, jeżeli tylko nie zepsuje się po drodze. Żeby lepiej sprawdzić auto, postanowiłem zorganizować krótką wycieczkę do Słowenii. Chętnych do pchania auta w razie awarii nie brakowało. Matys do ekipy zwerbował Renatę. Renata była spełnieniem naszych najskrytszych marzeń. Wszystko miała na swoim miejscu: wzrok przykuwały jędrne siatki z jedzeniem trzymane w dłoniach i zgrabny plecak na ramieniu. Do tego nie dość, że miała alkohol, to jeszcze zabrała gitarę, raz nam na niej zagrała. To był intensywny blisko 60 sekundowy koncert.

Potem chyba było jej szkoda instrumentu, bo więcej go nie wyciągnęła. Dzień przed wyjazdem, podczas rutynowej kontroli na stacji diagnostycznej, pękły przewody hamulcowe. Na szczęście udało się znaleźć mechanika, który w jedno popołudnie naprawił usterkę. Przez ułamek sekundy zastanawiałem się czy ten wyjazd to dobry pomysł, no ale co więcej może się zepsuć w 33-letnim aucie, czego nie można by naprawić trytytkami i taśmą izolacyjną? Następnego wieczoru ruszyliśmy w drogę. Pierwsze 780 km przejechaliśmy błyskawicznie, nawet nie zauważyłem kiedy minęło to 13 godzin. Matys przetestował w tym czasie wszystkie możliwe pozycje do spania. Najlepsza okazała się pozycja na podłodze. O godzinie 9:00 jedliśmy już śniadanie na parkingu niedaleko wodospadu Savica.

Pierwsze problemy pojawiły się dopiero na Campingu Bohinj. Jak zwykle nie dostaliśmy konkretnego miejsca parkingowego, przez co nie mogliśmy zdecydować gdzie zaparkować. Przestawialiśmy auto chyba z 5 razy. Ostatecznie znaleźliśmy perfekcyjne miejsce zaraz przy jeziorze.

W czasie gdy rozstawialiśmy namiot, Matys zlokalizował miejsce, gdzie mógł wystartować na swojej paralotni. Tym razem udało mu się ją ukryć przed rodzicami – poprzednio mama Matysa wykryła paralotnię zanim jeszcze podjechaliśmy do bramy ogrodzenia jego domu. 31 km dzieliło go od upragnionego lotu. Nie spodziewaliśmy się, że ostatnie 7 km to będzie chrzest bojowy dla T3. Okazało się, że pomimo 4 biegowej skrzyni, i tak 3 biegi nie były potrzebne. Większość trasy jechaliśmy na jedynce. Żeby zmniejszyć temperaturę silnika, uruchomiliśmy na maksa ogrzewanie w środku. Po długiej walce, zgrzani bardziej jak auto, dojechaliśmy na szczyt. Zazdrościłem Matysowi, że zleci sobie w dół, nie byłem przekonany czy układ hamulcowy wytrzyma zjazd. Zabraliśmy rzeczy z auta i ruszyliśmy szukać miejsca do startu. Podczas naszych tripów obowiązuje równouprawnienie, dlatego jeżeli trzeba coś nieść, to dzielimy się rzeczami po równo bez względu na płeć. Tym razem Matys dźwigał kamerę GoPro, ja kluczyki od samochodu, Krystian drona, Renata plecak z jedzeniem i piciem a Efka paralotnię. Zupełnie nie rozumiałem dlaczego ludzie na nas dziwnie patrzyli. 

Widoki z góry wynagrodziły nam trudy dźwigania. Żal mi było tylko Krystiana, bo niepotrzebnie tracił siły na niesienie drona. Nie udało mu się połączyć go z telefonem. Na startowisku, mając świadomość, że latanie jest niebezpieczne, przypomnieliśmy sobie jedną z zasad panujących na naszych tripach. Jeżeli jednemu z uczestników coś się stanie, to każdy pomaga nieść jego rzeczy do auta, dopiero potem je sprzedajemy i dzielimy się kasą. W tym konkretnym przypadku zastawiałem się czy to czasem Matys nie będzie zabierał naszych rzeczy jak hamulce odmówią posłuszeństwa. Po odświeżeniu zasad, nasz dzielny pilot wystartował w przestworza a my do auta.

Podczas zjazdu miałem lepsze statystyki niż ksiądz w kościele. W aucie wszyscy modlili się, żebym zjechał. Niestety nie udało się, hamulce puściły i wszyscy zginęliśmy. Nie no, skoro to piszę to chyba się udało, mam Was. Obiecałem sobie, że więcej nie pojadę takimi drogami, przynajmniej nie tym autem. Następnego dnia wczesnym rankiem gdzieś między 9:00 a 10:00 ruszyliśmy do miejscowości Tolmin. Życie szybko zweryfikowało, że obiecywać to ja sobie mogę.

Trafiliśmy na podobną górską drogę, różnica polegała tylko na szerokości, duma rozpierała mnie, gdy na szczycie podjazdu dym leciał spod maski opla astry a nie mojej T3. Na campingu w Tolminie przyszedł czas na przegląd auta.

W trakcie jazdy wyczulony słuchacz mógł usłyszeć delikatne pukanie, można by to porównać do uderzeń młotka w felgę. Ledwo wyczuwalne przy radiu puszczonym na max. Nie mniej jednak nie mogliśmy tego ignorować, odkręciliśmy profilaktycznie każde koło, ale nic nie znaleźliśmy poza poluzowanymi śrubami w piastach. Zaskoczeniem było zniknięcie litra oleju z silnika i litra płynu chłodzącego. Kto by się spodziewał, że prawie nowe auto może brać olej i płyn. W końcu niemiec płakał jak sprzedawał w ’95 roku. Pogoda tego dnia sprzyjała nie tylko serwisowaniu auta, Matys miał idealne warunki do latania. Do tego stopnia był zachwycony, że namawiał mnie bym spróbował lotu w tandemie. Ja nie jestem taki łatwy jak mogło by się wydawać, więc męczył się chyba przez 2 minuty, żeby mnie przekonać. Niestety mi warunki już nie sprzyjały, musiałem obejść się widokiem ze startowiska.

Kolejnego dnia Matys ponownie oddał się pasji, my odważnie ruszyliśmy do Wąwozu Tolmin. Pierwsze kilka, kilkanaście kilometrów pokonaliśmy w błyskawicznym tempie bez najmniejszego zmęczenia, samochodem. Po odejściu od kasy biletowej pomyliliśmy kierunki, skusiła nas droga asfaltowa, poszliśmy pod prąd. Pomimo, iż mogę pochwalić się świetną kondycją – bez najmniejszej zadyszki wychodzę na 4 piętro – to i tak przez chwilę wahałem się czy próbować jeszcze raz. Na szczęście byliśmy zdeterminowani pokonać całą trasę tak jak należy, więc wróciliśmy się 100 m do punktu startu. Było bardzo ciepło, trasa miała nie więcej jak 3,5 km, więc byliśmy naprawdę dumni z Krystianem, że pomyśleliśmy o dodatkowych butelkach z wodą do picia. Gdyby nie nasze wskazówki co do ilości płynów, jakie należy zabrać, to dziewczyny niosłyby pewnie prawie puste plecaki a nam chciałoby się pić całą drogę. W ramach wdzięczności za ich trud, co jakiś czas zatrzymywaliśmy się z Krystianem, żeby poczekać na nie i odpić trochę wody.

Całą trasę udało nam się pokonać w niespełna 4 godziny.

Z racji, że wyczerpały nam się wszystkie lokalne atrakcje a pukanie w aucie ucichło na tyle, że można było je zagłuszyć radiem, ruszyliśmy w drogę do Włoch. Naszym celem było Lago di Braies. To miejsce było moim marzeniem od chwili, gdy zobaczyłem je na zdjęciu jakieś 15 minut wcześniej. W połowie drogi pukanie wróciło ze zdwojoną siłą. Konieczne było zdjęcie tylnego koła wraz z bębnem hamulcowym. Tak jak przypuszczaliśmy, demontaż koła upewnił nas tylko w przekonaniu, że nie mamy bladego pojęcia co trzeba naprawić. W międzyczasie dziewczyny zdążyły założyć obóz na lokalnej łące. 

Sam fakt odkręcenia koła działał chyba jak restart, bo stukanie ucichło i jakoś dojechaliśmy do celu.

Pogoda nie dała nam nacieszyć się tym miejscem, po około godzinie deszcz zapędził nas do auta. Przyszedł czas na szukanie noclegu. W tej kwestii Efka jest ekspertką: albo znajdzie fajne miejsce albo nie. Tym razem camping był niesamowity, miał na wyposażeniu prysznic dla psów i rodzinny pokój kąpielowy. Dodatkowym atutem była lokalizacja zaraz nad brzegiem jeziora z widokiem na góry.

Standard był tak wysoki, że przez chwilę zastanawiałem się czy nie będę musiał sprzedać nerki żeby zapłacić. Już czułem ból towarzyszący rozstaniu, tyle lat mi służyła skutecznie chroniąc mój portfel przed złodziejami. Efka twierdzi, że dziewczyny też skutecznie odstrasza. Tak wysoki standard campingu przyciąga raczej wybrednych klientów, więc nie dziwił nas fakt, że niektórym przeszkadzał polski punk do tego stopnia, że w środku nocy pofatygowali się by nam o tym powiedzieć.

Rano okazało się, że od kampingu droższy był olej, który musieliśmy dokupić do silnika. Kolejny litr wyparował. W drodze powrotnej stukanie znów dało o sobie znać. Nawet się nie zatrzymywaliśmy, mieliśmy świadomość, że jedyne co może odpaść to koło, a że mieliśmy ich aż 5 razem z zapasowym, to strata jednego nie byłaby bardzo bolesna, chyba. W domu okazało się, że łożysko nie wytrzymało próby czasu.

Łącznie przejechaliśmy 2505 km, całkiem niezły wynik zważając na fakt, że poprzedni właściciel bał się jechać 150 km na zlot. Samochód do tego stopnia przypadł nam do gustu, że wybraliśmy się nim na festiwal Skowronkowy Jarzmin, trzy razy do Tesco, raz do Biedronki , po czym sprzedaliśmy go żeby służył innym.

Pieniądze ze sprzedaży od razu zainwestowaliśmy w nieoprocentowane bilety linii lotniczych Qatar Airways… a new adventure is calling us 🙂

22 Lubię to
2 Nie lubię

4 odpowiedzi na “Historia krótkiej miłości.”

  1. M pisze:

    „Ja wykańczałem powoli auto, a ono odwdzięczało mi się tym samym” – świetne zdanie 🙂 Zresztą cały tekst bardzo dobry, przyjemnie się czyta. Ma Pan lekkie pióro.

  2. N pisze:

    Każdy kolejny tekst lepszy! jak tak się będziesz rozkręcał to kolejna NIKE będzie Twoja!

  3. Sąsiad :) pisze:

    Ciekawa stronka 🙂 pewnie tu jeszcze wrócę 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.