Bieda Trip, „Nad Balatonem jest zawsze pogoda”

Bieda Trip, „Nad Balatonem jest zawsze pogoda”

Data: 20 sierpnia 2018

Od zawsze chodził nam po głowie pomysł, żeby jechać gdzieś dalej na wakacje. Przez słowo dalej rozumiem przynajmniej 300km od domu tak. by nie było już widać komina. Z podróżowaniem mieliśmy tyle wspólnego co kura z lataniem. Niby skrzydła są, ale dalej jak kilka metrów nie poleci. U nas było tak samo – chęci były, ale zawsze jakoś nie wychodziło. Czyżby natura z nas też zażartowała, a może po prostu źle się za to zabieraliśmy?

Jest lipiec 2015. Odzyskuję stabilność psychiczną po nieudanej próbie rezerwacji noclegu podczas rajdu samochodowego w Załużu. Jakoś nie mogłem się wysłowić i zupełnie nie wiem dlaczego zamiast jednego pokoju chciałem zamówić pięć pokoi z pięcioma łóżkami każdy. Nawet nie wiem skąd liczba pięć jak było nas czworo. To chyba przez spaliny z samochodów rajdowych.

Wracając do wspomnianego lipca. Siedzimy na polanie trwa Festiwal „Skowronkowy Jarzmin”. Znów nie wiem czy jakieś opary czy może dobry klimat imprezy spowodował, że podjęliśmy decyzję:  jedziemy na wakacje. Musieliśmy pójść na kompromis z naszymi środkami finansowymi i starym środkiem transportu.  Wybór miejsca docelowego padł na Mazury. Jedno założenie się zgadzało – cel podróży jest daleko od domu. Kilka dni później byliśmy gotowi do wyjazdu. Żeby poradzić sobie z drobnymi awariami auta zabraliśmy ze sobą trytytki, zippery jak kto woli, taśmę izolacyjną, zestaw kluczy i poxilina. Na grubsze awarie mieliśmy komplet niezbędnej dokumentacji pozwalającej na złomowanie auta, a za zdobyte z recyklingu pieniądze wrócić jakoś do domu.

Od samego początku wszyscy wierzyli w powodzenie naszej wyprawy. Rodzice byli tak optymistycznie nastawieni, że zakładali, iż auto zepsuje nam się dopiero na granicy powiatu, z którego ruszamy. Nie zważając na wszystkie przeciwności z uśmiechem na twarzy i odwagą w sercu ruszyliśmy prosto w… Bieszczady. Lekko dołożyliśmy sobie kilometrów, ale kto by się tym przejmował. Byliśmy zachłyśnięci przygodą nic nas nie mogło zatrzymać, a wizja dotarcia do Chatki Puchatka była kusząca. Od samego początku zakładaliśmy, że będziemy spać na dziko. Dotarliśmy do Soliny o 1 w nocy. Stwierdziliśmy, że na rozruch raz prześpimy się na campingu. Namiot rozłożyliśmy w 5 minut. Dobrze, że ćwiczyliśmy rozkładanie w mieszkaniu. Przygotowanie to podstawa. Niestety nie ćwiczyliśmy wkładania materaca do namiotu. Pompka której używaliśmy wydawała z siebie przeraźliwy świst, chyba obudziliśmy kilka osób. Na dodatek całą operację trzeba było powtórzyć, bo materac nie zmieścił się w wejściu do namiotu. Rano, kiedy ludzie pytali, kto tak hałasował w nocy udawaliśmy, że to nie my.

Rano zdobywaliśmy pierwsze szlify związane z przygotowywaniem posiłków. Teraz wiemy, że jedna porcelanowa miska i metalowy kubek to trochę mało, żeby trzy osoby mogły zjeść i napić się w tym samym czasie. Po pożywnym śniadaniu udaliśmy się na podbój Bieszczad.

Grafik wycieczki był napięty jak plandeka na żuku, dlatego jeszcze tego samego dnia postanowiliśmy przybliżyć się do naszego celu. W środku nocy wyruszyliśmy do bajecznego Zwierzyńca. Roztocze przywitało nas pięknym deszczem. Nie przeszkodziło nam to w zażywaniu kąpieli w stawie Echo.

Niestety prognoza pogody na następne dni nie była lepsza. W całej Polsce deszcz i przelotne opady śniegu nad Bałtykiem. Normalnie wakacyjny raj. Co zrobić „buta nie zjesz lodówką się nie ogolisz” – jedziemy nad Balaton tam jest zawsze pogoda! Przez chwilę myślałem, że Matys zatruł się wodą z Echa i bredzi. Pomysł skrajnie szalony, ale za razem kuszący. Po krótkiej debacie decyzja zapadła: jedziemy.

W celu minimalizacji wydatków zakupiliśmy niezbędny prowiant. Zakładając, że będą upały – przede wszystkim zapobiegać odwodnieniu, resztę dopełniły wafle ryżowe plus dżem.

Na niedzielę przygotowaliśmy coś wyjątkowego: kiełbaski z grilla, o ile w drodze na Węgry przy naszej czterostrefowej klimatyzacji ze sterowaniem korbotronik nie dostaną nóg i same nie pójdą zwiedzać świata.

Janusze biznesu to my nie byliśmy. Zapłaciliśmy za pole namiotowe tylko po to, by po godzinie wyjechać nad Balaton.  No ale kto bogatemu zabroni żyć skromnie.

Po morderczej walce człowieka z drogą (ekipa w aucie zasnęła po niespełna 20 km) dotarliśmy do Zamardii. Nasza ziemia obiecana już po kilku godzinach przywitała nas deszczem. Nie mieliśmy pomysłu na nocleg, więc znów wybraliśmy camping. Podczas rozbijania namiotu zrodził się w nas pomysł zwiedzenia Budapesztu. Kusząca alternatywa dla zimnej wody w jeziorze i braku słońca. Postanowiliśmy sprawdzić jakość usług transportowych na Węgrzech. Wybór padł na pociąg. Jakież było nasze rozczarowanie, gdy po dotarciu na miejsce w informacji powiedzieli nam, że powrotny pociąg mamy za 1,5h. Szaleństwo, co zrobić z taką ilością czasu? Wystarczy, żeby stanąć w kolejce do kasy po bilety powrotne. Jaka była nasza radość, gdy Pani w kasie sprzedała nam bilety na pociąg odjeżdżający za 8h. Do tej pory zastanawiam się czyj angielski był gorszy – mój czy Pani w punkcie informacji. Z różnych programów o podróżowaniu dowiedziałem się, że potrzebujemy mapy. Udaliśmy się do księgarni. Tu już z angielskim było lepiej, bo od razu dostałem mapę. Niestety pojawiły się braki z geografii. O ile angielski był w porządku, to i tak sprzedawca nie był w stanie wskazać mi mostu Karola na mapie. Za to dowiedziałem się, że ten most jest w Pradze. W Budapeszcie mają most Łańcuchowy.

Podróże kształcą bez wątpienia. Dzięki mapie udało nam się dotrzeć w najciekawsze miejsca: Budynek Parlamentu (z darmowym wifi), Wzgórze Gellerta, Wyspę Małgorzaty.

Widzieliśmy nawet pływający autobus. Po powrocie na camping całą noc myślałem o moście Karola. Rano zapadła decyzja: jedziemy do Pragi! Szybkie tankowanie podtlenku LPG do naszej rakiety i ruszamy. Praga dla odmiany przywitała nas deszczem, w gratisie była tęcza.

Mając doświadczenie w korzystaniu z komunikacji, ruszyliśmy w miasto autobusem z przesiadką do metra. Spełniłem swoje marzenie = stałem na moście Karola.  Praga nocą robi wrażenie.

Z ulotki otrzymanej w recepcji campingu wyczytaliśmy, że w okolicy znajduje się Vielki Łom America. Kombinacja tych słów nas skusiła. Z samego rana udaliśmy się na miejsce. Faktycznie był wielki. Od razu chcieliśmy zejść na dół. Czesi bardzo dobrze przygotowali zejście – stary pas samochodowy przyczepiony do wbitego patyka wydawał się być bezpieczny. Mnie przekonał, już po chwili byłem na dole. Po drodze była jeszcze drabinka w stylu ‚zrób coś z niczego’. Zauroczyło nas to miejsce. Postanowiliśmy, że kiedyś tu wrócimy i prześpimy się na samym dnie nieczynnego kamieniołomu.

Kontakt z przyrodą tak nam się spodobał, że zdecydowaliśmy się pojechać w Góry Stołowe. Późnym wieczorem, a właściwie już w nocy byliśmy w Karłowie. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że nie udało nam się ani razu spać na dziko. To była ostatnia szansa przed powrotem do domu. Musieliśmy zaryzykować. W akcie szaleństwa zagadaliśmy do stróża pilnującego budynku, przed którym się zatrzymaliśmy. Zgodził się udostępnić nam kawałek trawiastego pola obok parkingu. Był tylko jeden warunek. O godzinie 8 rano musiało nas już nie być bo przychodzi zmiennik. Żaden problem i tak mieliśmy iść na wschód słońca na Szczeliniec. Adrenalina w nas buzowała – wreszcie nocleg na dziko. Rano obudził nas głos stróża: „wstawać już 7:30”. Co? Przecież mieliśmy iść na wschód słońca. Plan był dobry, trzeba było nastawić więcej budzików. Ten jedyny nastawiony został wyłączony jak tylko wydał pierwsze dźwięki. No nic, pozostało szybkie składanie namiotu i w drogę na szczyt. Pogoda w Górach Stołowych nas dopieściła -było pięknie.

Nasz dzielny samochód, pomimo naszych wszelkich obaw, wytrzymał ponad 2500km. Dzięki zbilansowanej diecie, różnych smaków wafli ryżowych i dżemów udało nam się znacząco zredukować koszty wyżywienia. Profilaktyczne nawadnianie organizmów też uchroniło nas przed odwodnieniem.

Może nie była to najlepiej zorganizowana wyprawa i z pewnością wiele rzeczy inni ludzie robią lepiej, ale nie to jest najważniejsze. Nie chodzi o to, żeby porównywać się z innymi: kto lepiej, taniej, dalej, szybciej itd. W podróżowaniu najpiękniejsze jest to, że każdy może robić to po swojemu a przeżyciami warto się dzielić, żeby inspirować innych. Takie też jest założenie tego bloga – inspirować innych, dzielić się przeżyciami. Piszcie w komentarzach jak wy odkrywacie świat.  My o naszych przygodach będziemy pisać w kolejnych postach.

 

 

5 Lubię to
0 Nie lubię

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.